W ten sposób w latach 80-tych krzyczeli strajkujący stoczniowcy do tych, którzy jeszcze się wahali, czy walczyć, czy też ulec komunistycznej władzy. „Chodźcie z nami. Zwyciężymy!” – zakrzyknął ćwierć wieku później Jarosław Kaczyński do młodych ludzi na bilbordach kampanijnych, okraszonych zdjęciem grupki pięknych, młodych kobiet, którym umożliwiono start w wyborach z list wyborczych PiS.
I nikt, kto pamiętał Jarosława Kaczyńskiego sprzed czterech lat nie mógł nie przetrzeć oczu ze zdumienia. Oto ten sam Jarosław – który jeszcze niedawno udzielał na macierzystej stronie swojej partii (a zatem odpadły typowe potencjalne oskarżenia o manipulację dziennikarską) wywiadu, obrazującego przeciętnego młodego internautę jako onanistę, popijającego piwo; ten sam polityk, który wykrzykiwał, że żartobliwy sms „zabierz babci dowód” to podnoszenie ręki na polski naród. Ten sam polityk dziś jest nie tylko sprzymierzeńcem młodych, ale staje się bojownikiem o wolność słowa. Już nie tylko nikogo nie oskarża za treść sms – teraz staje się orędownikiem kiboli, broniąc ich wolności wyrażania myśli i poglądów. Zdumiewająca metamorfoza. Ciekawe co by było, gdyby ci sami kibole zaczęli wznosić hasła przeciw PIS.
Młodzież nie uwierzyła Kaczyńskiemu. Piękne „aniołki” nie dostały się do parlamentu (choć dostał się piękny Agent Tomek) i media oraz prezes przestali się nimi interesować. Nawet pewnie nie dowiemy się, czy popierają teraz Kaczystów czy Ziobrystów, zwanych też czasem Kurzystami.
Rzecz w tym, że nie tylko Kaczyńskiemu młodzi nie uwierzyli. Sromotnie zawiódł się Napieralski i jego SLD – partia, którą młodzi, nie pamiętający realiów PRL i nie rozumiejący genetycznych powiązań Sojuszu, zawsze popierali i byli jej naturalnym zapleczem. SLD z niedawnej jeszcze partii władzy stał się outsiderem zamykającym stawkę. Ostał się tylko stary elektorat, ludzi głosujących z sentymentu za minionym ustrojem.
Także zwycięstwo PO na tym polu wydaje się iluzoryczne. Statystyki wykazują jednoznacznie, że chociaż Platforma utrzymała władzę, to jednak poparcie młodych w porównaniu z tym sprzed czterech lat wyraźnie osłabło.
Komu zatem uwierzyli młodzi? Chyba jedynym beneficjentem ich zaufania stała się partia Palikota. To nie jest najlepsza z wiadomości. Znany biznesmen jako lider partii lewicowej? Zresztą do niedawna słynący z obecności w liberalnej partii. Coś tu nie pasuje. Nie zamierzam zresztą pastwić się nad Palikotem, bardziej interesuje mnie program jego partii – antyklerykalizm, objęcie podatkiem księży. Te hasła są bardzo nośne, a Kościół i jego stosunki z państwem z pewnością wymagają publicznej debaty. Rzecz w tym, że w programie tej partii nie ma mowy o debacie. Tu chodzi o rewolucję. Nie do końca też wiem, jaki program realizowałaby ta partia po objęciu władzy – co stanie się po usunięciu krzyża z Sejmu, zalegalizowaniu aborcji na żądanie i związków homoseksualnych. Program gospodarczy, polityka międzynarodowa, obronność, finanse wydają się mieć mniejsze znaczenie – tak przynajmniej wynikało z tego, co mieli do powiedzenia kandydaci na posłów RPP. Rzecz o tyle nie dziwi, że niemal cała ta partia nie ma żadnego doświadczenia parlamentarnego. Przypomina to nieco lata 90-te, gdy do Sejmu na fali politycznej mody dostawali się ludzie całkowicie przypadkowi – z partią Tymińskiego, Polską Partią Przyjaciół Piwa czy tez Samoobroną Andrzeja Leppera.
I tu chyba leży cały problem – brak zaufania ludzi młodych to nie jest klęska Kaczyńskiego, Tuska czy Napieralskiego. Nawet byłbym w stanie zaryzykować tezę, że sukces Palikota wcale nie jest jego sukcesem. To tak naprawdę klęska polskiej demokracji. Nieustanne spory, ciosy poniżej pasa, awantury polityczne i wzajemne oczernianie się w oczach wyborców, zajmujące w mediach znaczenie więcej czasu niż problemy społeczne, gospodarcze, narodowe – przyniosły efekt uboczny. Ludzie czują obrzydzenie do obecnego świata polityki. Głos na partię Palikota jest próbą przewietrzenia skostniałego i niezdolnego do sprawowania władzy układu.
W tym wszystkim populizm Palikota nie jest jeszcze największym wyzwaniem. Wyzwaniem jest stan polskiej kultury politycznej i dyskusji społecznej. Jeśli tego nie naprawimy coraz częściej będziemy mieli do czynienia z takimi zjawiskami jak to 11 listopada. Wtedy też ktoś, kto nie jest związany z politykami sprawującymi władzę zakrzyknął „Chodźcie z nami”.